2012-02-20

 Numer 1(17) | poniedziałek | 20 lutego 2012

 

OD REDAKCJI
Rozpoczynamy kolejny sezon z newsletterem dotyczącym przemysłów kreatywnych. Tym razem publikacja staje się częścią większej całości. Aktualności, wywiady i prezentacje osadzone są w innej szacie graficznej, która nawiązuje do nowego logo Łodzi zaprezentowanego mieszkańcom pod koniec zeszłego roku. Newsletter będzie dostępny dla wszystkich zainteresowanych poprzez nową stronę internetową – www.kreatywna.lodz.pl – która staje się oficjalnym kanałem komunikującym kierunek rozwoju naszego miasta. Liczymy, że w tym roku newsletter zyska nowych czytelników i podobnie jak w zeszłym roku będzie skutecznie inspirował do podejmowania korzystnych decyzji związanych z rozwojem Łodzi kreatywnej.

POBIERZ NEWSLETTER W PDF

 

 

SPIS TREŚCI
SEKTOR KREATYWNY                          
Co to takiego przemysły kreatywne?
czytaj
DOBRE PRAKTYKI
Nie plastik, nie frytki, POGO - rozmowa z Piotrem Dabovem
czytaj
AKTUALNOŚCI
I wszystko graczytaj
Społeczny recyklingczytaj
Badanie rynkuczytaj
Wieża marzeńczytaj
Dresscode na rowerze

czytaj
KONKURS DLA CZYTELNIKÓW

 

 


Co to takiego przemysły kreatywne?

Łódź kreatywna?
Jak zmieniła się Łódź od czasu przyjęcia strategii promocji marki Łódź? Czy nasze miasto można nazwać miastem przemysłów kreatywnych, czy też na to zdecydowanie za wcześnie? Odpowiedzi na te pytania szukają mieszkańcy codziennie przemierzający łódzkie ulice, mieszkający w łódzkich kamienicach, pracujący w łódzkich firmach, studiujący na łódzkich uczelniach. Zadają sobie pytanie, czy kreatywność może wpłynąć na poprawę ich życia? A jeżeli tak, w jaki sposób? 


Odpowiedzi znają urzędnicy, od których zaangażowania i pracy zależy, czy mieszkańcom będzie się w Łodzi żyło lepiej. To urzędnicy bowiem tworzą warunki, w których kreatywność mieszkańców może przerodzić się w działanie i przyczynić się do rozwoju miasta. Niezwykle ważne jest więc, aby urzędnicy byli doskonale przygotowani merytorycznie i praktycznie do przełomowego zadania, jakim jest zmiana wizerunku Łodzi z miasta robotniczego, włókienniczego na miasto, w którym główną rolę odgrywa przemysł kreatywny.


Co to takiego przemysły kreatywne?


Termin ‘przemysły kreatywne’ jest dość nowy. Jego powstanie wiąże się z wydanym w Australii w 1994 roku raportem „Creative Nation”. Z kolei definicja została zaproponowana podczas obrad 2008 Konferencji Narodów Zjednoczonych ds. Handlu i Rozwoju (United Nations Conference on Trade and Development – UNCTAD).


Przemysły kreatywne są nowym, dynamicznie rozwijającym się sektorem gospodarki światowej, w którym spotykają się interesy twórców z sektorem usług i innymi gałęziami przemysłu. Funkcjonowanie przemysłów kreatywnych bazuje na opartych na wiedzy cyklach tworzenia, produkcji i dystrybucji dóbr i usług mających walor kreatywności, wartość ekonomiczną i ściśle wyznaczone cele rynkowe. Wpływy generowane przez te przemysły pochodzą głównie z handlu lub praw własności intelektualnej.


Termin creative industries w języku polskim najczęściej tłumaczony jest jako sektory kreatywne lub przemysły kreatywne. Creative industries utożsamiane są jednocześnie z terminami: cultural industries (przemysły kultury) oraz experience economy (ekonomia doświadczeń/doznań).


Według definicji brytyjskiej do przemysłów kreatywnych zaliczają się:
- reklama,
- film i wideo,
- architektura,
- muzyka,
- rynek sztuki i antyków,
- sztuki performatywne,
- gry komputerowe i wideo,
- rynek wydawniczy,
- rzemiosło,
- oprogramowanie,
- wzornictwo,
- radio i telewizja,
- projektowanie mody.

 

W Łodzi przyjęto definicję, według której przemysły kreatywne to „Działania, które biorą się z kreatywności, innowacyjności i talentu, które mają zarazem potencjał tworzenia bogactwa oraz miejsc pracy”. (Newsletter Przemysłów Kreatywnych)


Łódzkie działania związane z rozwojem sektora kreatywnego wpisują się w ogólnopolski trend, którego celem jest wzmocnienie gospodarki opartej na wiedzy i specjalistycznych umiejętnościach oraz budowanie wokół niej przewagi konkurencyjnej na arenie międzynarodowej. Wprowadzono do użytku nowe logo nawiązujące do kreatywnego wizerunku miasta. Rozpoczęto prace nad Strategią Zintegrowanego Rozwoju Łodzi 2020+, w której poruszane są zagadnienia dotyczące przemysłów kreatywnych. 


W 2011 roku zrealizowano w Polsce rekordowo dużo projektów, w ramach których debatowano na temat znaczenia przemysłów kreatywnych dla społeczno-gospodarczego rozwoju kraju. Należy podkreślić, że podczas większości tych spotkań prezentowany był projekt „Kreatywni samozatrudnieni”, którego dwie edycje zrealizowane zostały w naszym mieście. Jego częścią były newslettery dotyczące przemysłów kreatywnych oraz filmy promujące łódzki sektor kreatywny.


Jesteśmy na dobrej drodze, aby móc o Łodzi mówić jako o mieście przemysłów kreatywnych. Trzeba jednak tworzyć warunki – prawne, infrastrukturalne, organizacyjne – żeby wspólnymi siłami próbować dogonić stawiane nam jako wzór w tym zakresie kraje europejskie, azjatyckie czy Stany Zjednoczone. Jesteśmy w o tyle dobrej sytuacji, że możemy uniknąć błędów, które popełnili inni, np. w obszarze ekologii. Wszyscy jednak musimy zacząć intensywnie działać.

 

Tekst: Maciej Mazerant

 


Nie plastik, nie frytki, POGO

 

Widziałam Wasze hasło na Facebooku: „nie plastik, nie frytki, POGO”. O co chodzi?
Przekaz jest bardzo prosty. Wejdź do galerii handlowej. Przejdź się po sklepach. Co widzisz? Zaprojektowane na „odwal się” rzeczy, na dwa lata do przodu, wykonane po jak najniższych kosztach, zazwyczaj w Chinach. Kopiowanie kopii przez znudzonych projektantów na ciepłej posadzie. Mimo to klienci – napompowani plastikową reklamą w poczytnym czasopiśmie lub tv – będą się ślinić, aby kupić dany produkt jak najszybciej. Za rok wejdzie kolejna moda i te jednorazowe rzeczy pójdą na śmieci.
POGO to praca od podstaw, prawdziwe DIY (zrób to sam [skrót z ang. „do it yourself” – przyp. red.]), czyli produkty stworzone od serca, z dbałością o jakość. Chciałbym, aby była to klasyka, nie silenie się na robienie bajerków. Są to rzeczy wytrzymałe, praktyczne na co dzień, na oryginalnej stylówie.

Podkreślasz, że powstające u Was ubrania to „made and designed in Poland” – dlaczego jest to takie ważne dla Ciebie? Szczególnie w czasach kryzysu cięcie kosztów polega na tym, że produkcja jest przenoszona do Chin, bo tak jest taniej.

Jeśli patrzy się od strony zarabiania hajsu, to produkcja tutaj jest bliska samobójstwu. Mimo to „bieganie” za dzianiną, ustalenia w szwalniach, wożenie towaru tam i z powrotem po różnych zakątkach naszej ślicznej Łodzi ma swój urok.
Umieszczenie napisu „designed & made in Poland” jest dla mnie powodem do dumy. Wszyscy znamy przecież miliard firm, które zrobią wszystko, żeby udawać że są „nie stąd”, żeby być kolejną odbitką, wzorowaną najlepiej na amerykańskiej marce. O tych „kopiuj, wklej” firmach za kilka lat nikt już jednak nie będzie pamiętał. Jeśli natomiast powiesisz na ścianie rzeczy POGO ze wszystkich kolekcji, nie będzie wątpliwości, że to firma cały czas trzymająca spójny, oryginalny styl i nie pomylisz jej z żadną inną marką.

 


fotograf: Robert Laska, www.robertlaska.com


Współpracujesz z projektantami i grafikami, ostatnio z HAKOBO, jak wygląda ta współpraca? Czy dajesz wolną rękę projektantom, czy też ustalasz z nimi swoją wizję kolekcji?
Kuba to prawdziwy artysta. Nieobliczalny. Bardzo szanuję jego pracę, chociaż nie zawsze jest nam po drodze. Główny zarys kolekcji jest po mojej stronie, w trakcie procesu tworzenia część rozwiązań dokłada Kuba. Staram się, żeby każda seria miała jakiś motyw przewodni. Czy jest to seria Revolution, czy ostatnia – Comeback, z kilometra poznasz, że to właśnie POGO spod ręki tego samego designera. Nasza praca to spotkania co kilka dni. Oglądam, co Kuba stworzył, kilka poprawek i lecimy dalej!

A Wasi odbiorcy, klienci – kim są, kim chciałbyś, żeby byli?
To zdecydowanie temat rzeka. Przez te wszystkie lata miotam się po różnych subkulturach, tu i tam. Przede wszystkim ubrania skierowane są do skaterów. należy pamiętać, że skateboarding w Polsce ma ponad 20 lat, więc ludzie, którzy tyle lat temu zaczynali jeździć, to teraz tatusiowie z dziećmi! Tak jak ja [śmiech]. Mój 13 letni syn również z przyjemnością chodzi w POGO!
W ostatniej kolekcji wpadłem na pomysł, żeby się otworzyć. Zrobiłem serię bluz rozpinanych, nie tylko jak zwykle w kolorze czarnym, ale zaszalałem z pełnym wachlarzem kolorów: zielonym, brązem, fioletem, burgundem itd. Taka bluza klasyk z malutkim logasiem na serduszku tylko. Założyć ją może dosłownie każdy, niezależnie od subkultury, braku kultury czy wieku. Wygrywają nie tylko dzięki ciekawym kolorom, ale też jakości wykonania – w końcu to made in Łódź [śmiech]!
Marzy mi się, żeby ludzie mieli świadomość tego, co noszą, i wspierali wartościowe projekty robione z sercem, szczególnie, jeśli pochodzą z tego samego miasta bądź kraju. Niestety idea „support your local” absolutnie nie funkcjonuje.

Niedawno odbyła się promocja Waszego nowego katalogu, do którego zdjęcia wykonywane były w Łodzi. Jaki jest Twój stosunek do tego miasta?
Teraz powinienem zarapować „Łódź moje miasto” [śmiech]! Urodziłem się tutaj. Znam te szare zaułki i cegłę wszędzie. Jeszcze kilka lat temu wstydziłem się tego, jak wygląda moje miasto, porównując je z aspirującą do bycia metropolią Warszawą. Dla mnie Łódź to taki mały Nowy Jork, trochę Berlin w paranojach z filmu Lyncha, który ogolił się na łyso i zasnął w dresie. Łódź to nie sanatorium, tutaj żeby przetrwać, trzeba być silnym. Nienawidzę tego miasta i zarazem je kocham. Uważam, że podobnie jak w moim Lookbooku należy wykorzystywać, pokazywać to, co jest charakterystyczne dla naszego miasta. Ze słabych stron robić silne [śmiech], tworzyć niepowtarzalny łódzki styl i być z tego dumnym!

 


fotograf: Robert Laska, www.robertlaska.com


Obecnie Twoja firma ma siedzibę na terenie OFF Piotrkowskiej, czyli w miejscu z offowym klimatem – stare fabryki, duże okna, cegła. Właśnie dlatego wybrałeś taką lokalizację?
To bardzo śmieszna historia. Chciałem znaleźć fajne miejsce na hurtownię i showroom. Kryterium decydującym miał być adres nowej siedziby: koniecznie Piotrkowska. Chciałem, żeby było cicho i spokojnie, żebym mógł efektywnie pracować. I nagle, dosłownie przez kilka miesięcy, zamiast pustej fabryki powstała OFF Piotrkowska. Co najśmieszniejsze, większość najemców to znajomi, więc zdecydowanie można było poczuć się jak w domu albo zaliczyć flashback wspomnieniowy do czasów pamiętnego klubu Alcatraz [śmiech]!
Udało mi się zorganizować rampę do jazdy na deskorolce dzięki uprzejmości firm: OPG (właściciela terenu) i Skateparki.pl. Całkiem nieźle zostało to wszystko wypromowane i poszedłem za ciosem – właśnie jesteśmy w trakcie budowy na terenie OFF Piotrkowskiej betonowego, krytego bowla. Coś jak basen do jazdy na deskorolce, jedyny taki w naszym kraju.

Marka POGO istnieje od 2003 roku, ale nie zajmujesz się wyłącznie ciuchami. Opowiedz coś więcej o swojej pracy i pasji jednocześnie.

Raczej odwrotnie! Firma POGO powstała przede wszystkim z miłości do deskorolki. Produkcja desek była priorytetem, a dość niespodziewanie okazało się, że naprawdę wiele ludzi chce nosić moje ubrania. Na styl firmy zdecydowanie wpłynęły takie filmy, jak „Fight Club”, „Czas Apokalipsy” i „Taksówkarz”.
Oczywiście wiadomo, że nazwa firmy wiąże się z punkrockiem. Na pewno takie kapele, jak Black Flag, Minor Threat i odjazdowe Sonic Youth konkretnie zryły mi beret i ukształtowały moją wrażliwość [śmiech]. Zakładając firmę, miałem swoje 5 minut: osiągnięcia na zawodach, w filmach i gazetach związanych ze skateboardingiem.
Jestem pierwszym pokoleniem skaterów w naszym kraju, cały czas jeżdżę i nie zamierzam przestać, myślę o przekazywaniu mojej wiedzy młodym. Tymczasem zapraszam do obejrzenia www.pogoskate.com – może znajdziesz coś dla siebie [uśmiech]?

 

Z Piotrem Dabovem, twórcą marki POGO, rozmawiała Maja Ruszkowska Mazerant

 

 

I wszystko gra


Architektura współczesna kojarzy się ze szkłem, metalem i kamieniem. Atmosfera nowoczesnych budynków zdaje się być raczej zimna i surowa. Z kolei formy i kształty budowli zaprojektowanych w XXI wieku to albo asymetria, albo wręcz skrajna symetria. Nie można też zapomnieć o domenie Zahy Hadid czy Franka Gehry’ego, czyli miękkich, falistych, zdających się poruszać kształtach. Wiedza o tym, kto zaprojektował dany budynek, z jednej strony zdaje się być zarezerwowana dla fachowców i ludzi zajmujących się tą branżą, jednak z drugiej strony warto wiedzieć, kto jest np. twórcą budynku muzeum Guggenheima w Bilbao czy kto zaprojektował słynną kopułę Bundestagu.
Właśnie w pracowni fachowców – NEXT Architects – powstała Modern Architecture Game (z ang. gra współczesna architektura), która od pionków, przez planszę, po samo sedno, czyli pytania dla zawodników, poświęcona jest współczesnej architekturze. Ponad tysiąc pytań wraz z kluczem odpowiedzi pozwalają na sprawdzenie wiedzy z architektury i na poznanie nowych, nieznanych wcześniej obiektów i ich twórców. Pionki w grze mają kształty najsłynniejszych budynków ostatnich lat, a plansza stworzona została na bazie planów architektonicznych. Dołączone do zestawu okulary – przypominające te, które nosił słynny i ważny dla historii architektury francuski urbanista, architekt, rzeźbiarz i malarz Le Corbusier – powodują, że odpowiedzi na pytania, znajdujące się na kartach, są dla gracza niewidoczne. Pokonując kolejne stopnie gry, rzucając kostką i odpowiadając na pytania w 6 kategoriach (ilustracje, architekt, projekt, styl, wpływy oraz cytat) dochodzi się stopniowo do środka planszy. Gracz, który osiągnie środek jako pierwszy, wygrywa.
Twórcy gry chcąc szerzyć wiedzę na temat współczesnej architektury na świecie, sięgnęli po jedną z najlepszych do takich celów metod – zabawę. Poprzez zabawę bowiem uczą się nie tylko dzieci, ale także dorośli.

http://www.nextarchitects.com/

 

Aby powiększyć, kliknij na zdjęcie

 

foto: materiały prasowe NEXT Architects

 

Społeczny recykling

 

Zagadnienie rosnącej ilości odpadów oraz coraz nowszych sposobów na ich ponowne wykorzystanie jest w XXI wieku bardzo aktualne. Także projektanci, choć na małą skalę, prześcigają się w nowych pomysłach na recykling.
Ciekawy pomysł na ponowne wykorzystanie pudełek po mleku miało portugalskie studio Blindesign. Jego projektanci opracowali technikę oczyszczania pudełek, która pozwala na ich wtórne użycie bez ryzyka pozostawienia jakichkolwiek zanieczyszczeń. Wybrali także najlepszą metodę nadawania dawnym pudełkom po mleku nowych kształtów, form i funkcji – poprzez zwyczajne szycie, ręczne lub na maszynie.
Najważniejszym jednak elementem projektu nie jest odzyskiwanie raz już użytego materiału, ale grupa ludzi, która wykonuje nowe produkty. Z jednej strony tworzą ją osoby niepełnosprawne, zatrudnione przy oczyszczaniu pudełek, a z drugiej – więźniarki z więzienia dla kobiet szyjące całą gamę unikalnych produktów. Dla osób niepełnosprawnych korzyści obejmują dwa poziomy – otrzymują zatrudnienie, a wykonując pracę samą w sobie, przechodzą rehabilitację. Więźniarki z kolei mają szansę spożytkowania swojej energii i czasu podczas odbywania kary, przy okazji tworząc coś użytecznego i ucząc się nowych umiejętności, co jest elementem resocjalizacji.

Projekt jest wynikiem kompleksowego myślenia. Dzięki niemu przy niewielkich nakładach finansowych odbywają się działania na kilku frontach. Chronione jest środowisko naturalne, do którego trafia mniej odpadów. Jednocześnie wspomagane są osoby najbardziej potrzebujące. Zarówno niepełnosprawni, jak i pensjonariuszki więzienia potrzebują pożytecznego zajęcia, nowych umiejętności oraz satysfakcji, że są do czegoś potrzebni i potrafią stworzyć coś wyjątkowego.

http://www.blindesign-socially-creative.blogspot.com/

 

Aby powiększyć, kliknij na zdjęcie

 

foto: materiały prasowe Blindesign


Badanie rynku

W działalności komercyjnej przed rozpoczęciem nowych projektów bardzo ważne jest rozpoznanie rynku. Przeprowadza się badania ankietowe, sprawdza statystyki, obserwuje rynek. Wszystko po to, żeby sprawdzić, czy pomysł, który ma zostać wdrożony, jest potrzebny, czy znajdzie odbiorców i wreszcie – czy przyniesie oczekiwane rezultaty i zyski. Rozpoznanie rynku nie powinno być jednak przypisywane wyłącznie działce komercyjnej. Wszelkiego rodzaju instytucje – rządowe, lokalne, polityczne, kulturalne – także potrzebują takiej wiedzy. Podobnie jak władze krajów, województw, miast czy wsi.

Wiedzieli o tym zarządzający miastem Bat Yam w Izraelu, którzy w 2010 roku zlecili dwóm holenderskim projektantom zbadanie potrzeb mieszkańców miasta w zakresie małej architektury miejskiej. Chcieli się dowiedzieć, jak można poprawić wygląd najważniejszych ulic miasta, spełniając jednocześnie potrzeby lokalnych społeczności. Projektanci Vincent Wittenberg i Guy Königstein, na co dzień pracujący w Eindhoven w Holandii, przeprowadzili więc obserwację mieszkańców i właścicieli sklepów oraz firm w obrębie ulic wyznaczonych przez władze miasta.

Zauważyli m.in., że sklepikarze wystawiają przed sklepy zwykłe krzesła, na których spędzają wolne chwile w czasie pracy. Idąc ulicą i widząc ludzi przesiadujących przed sklepami chowających się w cieniu przed upałem, projektanci wpadli na pomysł będący jednym z kilku elementów projektu „Streeeeeet Interventions” – „Streeeeeet Bench”. Wykorzystali oni przestrzeń, która wcześniej zajmowana była przez zwykłe miejskie ławki. W ich miejsce powstały ławki złożone z kilku krzeseł ustawionych obok siebie, przypiętych do swego rodzaju stacji dokującej. Zapięcia krzeseł przypominają te, którymi łączone są ze sobą wózki zakupowe w supermarketach. Po włożeniu monety o określonym nominale mechanizm zamka otwiera się, co pozwala przestawić krzesło w dowolne miejsce. Po przypięciu krzesła z powrotem depozyt wraca do właściciela.
Rozwiązanie jest ciekawą alternatywą dla wszystkich szukających chwili odpoczynku w trakcie przechadzki ulicą. Jeśli „ławka” znajduje się w słońcu, każdy może z łatwością oddzielić jej część – krzesło – i przenieść w zacienione miejsce. Jeśli nawet ma się małe pojęcie o tym, jakie temperatury panują w Izraelu, można się domyślić, że pomysł odpowiada potrzebom mieszkańców Bat Yam. Wystarczyło stworzenie projektu poprzedzić prostym rozpoznaniem potrzeb i warunków ludzi i miejsc, których projekt dotyczył.

http://www.vincentwittenberg.com/

 

Aby powiększyć, kliknij na zdjęcie

 

foto: Vincent Wittenberg

 

Wieża marzeń


W polskich miastach często można zobaczyć ulice zastawione z dwóch stron samochodami. Wraz z rosnącą liczbą pojazdów na naszych drogach rośnie też potrzeba na coraz więcej miejsc parkingowych. Jest wiele parkingów prywatnych, tzw. płatnych niestrzeżonych, powstały też strefy płatnego parkowania – wszystko to miało zniechęcić kierowców do wjeżdżania do centrów. Nadal jednak są to działania niewystarczające.
W miastach Europy Zachodniej jest inaczej. Wyższe są ceny parkowania, a poza tym dużo jest parkingów podziemnych – zarówno w centrach, jak i na przedmieściach. Miejsca parkingowe pod ziemią są tańsze od tych na jej powierzchni i bardziej praktyczne, zwłaszcza zimą, gdy pada śnieg, jest mokro i zimno. Dobrym rozwiązaniem są też parking piętrowe, niekoniecznie podziemne. Na jednej powierzchni gruntu mieści się wtedy znacznie więcej aut niż na zwykłym placu.
Najbardziej idyllicznym i zdaje się nierealnym przykładem takiego parkingu jest AutoTürme zbudowane na potrzeby fabryki samochodów popularnej niemieckiej marki Volkswagen. AutoTürme to stalowo-szklana wieża o wysokości 48 metrów, która mieści ponad 600 pojazdów. Jest ona w pełni zmechanizowana, co oznacza, że pojazdy nie wjeżdżają do wnętrza wieży, a są jakby „układane na półkach” przez wyspecjalizowane roboty. Brak konieczności budowania dróg dojazdowych we wnętrzu AutoTürme pozwolił na oszczędzenie bardzo dużej powierzchni, którą wykorzystano do stworzenia dodatkowych miejsc na samochody. Cała fabryka Volkswagena została zautomatyzowana do tego stopnia, że nowe auto, które właśnie zeszło z taśmy produkcyjnej, jest automatycznie transportowane do wieży i układane w odpowiednim miejscu. Gdy składane jest zamówienie na określony model i egzemplarz, sprzedawca wprowadza do komputera odpowiednie numery, a roboty transportują pojazd prosto do punktu jego odbioru.
Mechanizm rodem z filmu science fiction okazuje się działać z powodzeniem już od 2001 roku. Przy odrobinie wyobraźni można stworzyć w głowie obraz nowoczesnego miasta z takimi właśnie parkingami dostępnymi dla wszystkich. Wystarczy dojechać do punktu X, wysiąść z auta, odebrać kwitek z kodem do odbioru, cieszyć się świeżym powietrzem i przyjazną, cichą atmosferą miasta.


http://www.autostadt.de/

 

Aby powiększyć, kliknij na zdjęcie

 

foto: Rainer Jensen, materiały prasowe VW


Dresscode na rowerze

Natężenie ruchu samochodowego w centrach miast jest coraz większe i nieustannie rośnie, dlatego władze większych metropolii próbują rozmaitych sposobów na walkę z tym problemem. Całkowicie dla ruchu mechanicznego zamykane są centra, usprawniane działania komunikacji miejskiej, a także promowane jest przemieszczanie się na rowerze i tworzone są ułatwienia dla wielbicieli dwóch kółek.
Poza władzami miast do propagowania jazdy na rowerze przyczyniają się też niektóre firmy. Zachęcają one swoich pracowników, żeby przyjeżdżali do pracy na rowerach. Instalują dla nich parkingi rowerowe, a niektórzy pracodawcy oddają do dyspozycji pracowników nawet prysznice. Problem pojawia się jednak wtedy, gdy dresscode pracowników mających do czynienia bezpośrednio z klientem wymaga odzieży eleganckiej – garsonek czy garniturów. Nikt chętnie nie dojeżdża w takim stroju do pracy na rowerze. Po pierwsze jest to po prostu niewygodne, a po drugie spocony po wysiłku fizycznym człowiek nie chce nosić tego samego ubrania przez cały dzień. Nie wspominając już o wyglądzie samego garnituru – pogniecionego, a przy deszczowej pogodzie zabrudzonego błotem spod kół.
Rozwiązaniem byłoby wożenie ze sobą ubrania na zmianę, ale do tej pory właściwie nie wchodziło to w grę, bo jak to zrobić, jadąc rowerem. Tak było do czasu, gdy członkowie Cambridge Design Partnership skonstruowali Suitpack – plecak przeznaczony specjalnie do wygodnego i niegniotącego przewożenia garniturów. Zastosowano w nim system składania, a może raczej zwijania garnituru w taki sposób, że nie powstają na nim nieestetyczne zagniecenia, mimo że złożony jest do rozmiarów standardowego, sportowego plecaka. Plecak wyposażono także w elementy dodatkowe, jak kieszeń na kosmetyki oraz specjalną część do przewożenia obuwia.
Twórcy prototypu Suitpack poza funkcjonalnością swojego wynalazku podkreślają jego rolę w łączeniu różnych obszarów projektowania, technologii i wykonania. To kolejny przykład tego, że są wciąż potrzeby ludzi, które nie zostały jeszcze zaspokojone. Tym samym, oczekiwania wobec twórczych i utalentowanych ludzi nadal rosną, dając im szerokie pole do popisu.

http://www.cambridge-design.co.uk/

 

Aby powiększyć, kliknij na zdjęcie

 

foto: materiały prasowe
Cambridge Design Partnership

 

KONKURS DLA CZYTELNIKÓW!

 

Odpowiedz na trzy pytania i wygraj nagrody związane z Łodzią Kreatywną!
Pytanie 1: Ile pojazdów mieści AutoTurme Volkswagena?
Pytanie 2: Jakim grupom społecznym pomagają projektanci Blindesign?
Pytanie 3: Czyje okulary przypominają te dołączone do gry NEXT Architects Modern Architecture Game?
Odpowiedzi szukaj w pierwszym numerze Newslettera. Pięciu czytelników otrzyma nagrody! Rozwiązanie prosimy wysłać do dnia 25 lutego na adres: kontakt@kreatywnisamozatrudnieni.pl

 

 

 


REDAKCJA
Redaktor naczelny: Maciej Mazerant
Wywiady: Maja Ruszkowska-Mazerant
Aktualności: Agnieszka Furmańczyk
Redaktor językowy: Katarzyna Rogowska
Wydawca: ECC-CF, Purpose – Kultura, Nauka, Przedsiębiorczość
www.purpose.com.pl
Adres redakcji: Kreatywni Samozatrudnieni 2011
90-722 Łódź, ul. Więckowskiego 16/200
www.kreatywnisamozatrudnieni.pl
e-mail: kontakt@kreatywnisamozatrudnieni.pl
Newsletter powstaje na zlecenie Urzędu Miasta Łodzi


<< powrót